10 zakazów Fishera czyli czego nie robić w inwestowaniu
Zapraszam do lektury kolejnego odcinka serialu poświęconego filozofii inwestowania słynnego Filipa Fishera - zapomnianego nauczyciela Warrena Buffetta. Tym razem przedstawiamy jego dekalog inwestora.

Inwestor z Kalifornii  uwielbiał formułować swoje przemyślenia w punktach a swoją książkę  "Zwykłe akcje, niezwykłe zyski" wzbogacił także o postulaty nakreślone w formie 10 negacji.  Przejdźmy teraz do omówienia dziesięciu zakazów Philipa Fishera opisanych świetnie  na stronie gurufocus.com w tekście pt.: “Philip fishers investment series  - The ten don'ts for investors“.   Przed czym inwestor z Kalifornii  przestrzegał swoich kolegów po fachu?

1) Nie kupuj akcji nowych  firm

Wielu inwestorów ulega pokusie zakupu akcji spółki podczas oferty pierwotnej: z angielskiego IPO skrót od  Initial Public Offering. Często są to firmy, które działają w obszarze nowoczesnych technologii i twierdzą, że mają  do zaoferowania jakiś rewolucyjny produkt. Inwestorzy skuszeni ich ofertą kierują się  założeniem, że  funkcjonuje wiele spółek , które patrząc wstecz odniosły sukces a ich obecna cena jest o wiele wyższa niż podczas IPO. Za przykład sukcesu przytaczane są takie giganty jak Apple, Google, Facebook czy Microsoft. Ostatnio dołączył do nich także Facebook. Inwestorzy i spekulanci nie chcą stracić swojej szansy na zyski, więc  próbują „wsiąść do windy gdy jest ona na parterze”, bo być może uda im się kupić nowy Microsoft. Problem polega na selektywnej pamięci wielu uczestników rynku. Każdy z nas pamięta o zwycięzcach, ale czy ktoś potrafi wymienić nazwy firm, które poniosły klęskę? Siłą rzeczy nie są one popularne, nie stykamy się z nimi na co dzień, ich usługi i produkty popadły w zapomnienie, a w dodatku mało kto ma ochotę chwalić się, że stracił na nich pieniądze.

Do  dobrze  znanych przegranych należy np. Groupon oraz Zynga.  Wielu inwestorów straciło też pieniądze na akcjach Integera, który chciał być polskim Apple, ale za mocno oparł się na kredytach i nie docenił trudów ekspansji na świecie. Na marginesie:  słysząc o tym, że jakaś Polska spółka ma ambitne plany ekspansji zagranicznej lepiej dwa  razy dłużej się zastanowić nad zakupem akcji. Co innego, gdy firma posiada już bardzo silny biznes nad Wisłą , a ekspansja przebiega małymi krokami, bez niepotrzebnego  pośpiechu i szumu medialnego w prasie i serwisach giełdowych.  Firmy rosnące organicznie w Europie środkowo-wschodniej jak Intercars, czy LPP mogą być dla nas powodem do dumy. Również informatyczny Comarch działający na 4 kontynentach jest tutaj chlubnym wyjątkiem, choć o nim powiemy sobie za moment coś mniej pozytywnego.

Wróćmy jednak do przemyśleń Fishera, zawartych w “Zwykłych akcjach, niezwykłych zyskach”. Problemem  młodych  firm jest to, że w wielu wypadkach podczas debiutu giełdowego sprzedają one jedynie swój pomysł oraz obietnicę przyszłych zysków.  Nie posiadają jeszcze w pełni wypracowanych struktur organizacyjnych ani nie przyniosły żadnego zarobku właścicielom. Rozsądny inwestor nie podejmie decyzji o zakupie akcji jedynie na podstawie obietnic. Inwestowaniem w firmy na początkowym etapie rozwoju powinny zajmować się wyspecjalizowane fundusze typu Private Equity/Venture Capital  lub inwestorzy posiadający duże doświadczenie biznesowe. Warto pamiętać, że nawet tego typu podmioty bardzo często stawiają na nietrafione pomysły. Szacuje się, że tylko jedno  na pięć  takich przedsięwzięć przynosi zysk inwestorom. Z drugiej strony faktem jest, że trafione pomysły mogą dać zarobić tysiące procent, czego przykładem mogą być udziały w Facebooku kupowane przez anioła biznesu Petera Thiela  lub w Google nabyte swego czasu przez Jeffa Bezosa. Jak wygląda natomiast potencjalna strata? Nie może ona oczywiście  przekroczyć poziomu 100%.  Na tym właśnie polega szansa stojąca przed aniołami biznesu, którzy liczą się z tym,  że tylko niektóre przedsięwzięcia okażą się sukcesem komercyjnym ale z nawiązką zrekompensują niepowodzenia.  Warto jednak pamiętać , że Thiel i Bezos kupowali  akcje długo przed IPO,  czyli zanim zwykli śmiertelnicy uzyskali do nich dostęp.

W  “Inteligentnym  inwestorze” Benjamina Grahama, można przeczytać, że dawniej  szanujące się banki inwestycyjne nie uczestniczyły w ofertach publicznych na rynku pierwotnym,  bo tworzyło to wręcz  konflikt interesów. Z jednej strony należało jak najdrożej zaoferować akcje danej firmy aby mogła uzyskać więcej środków z emisji, z drugiej dostarczyć zysków kupującym akcje. Oczywiście trudno połączyć oba te cele. Dziś instytucje finansowe nie mają już żadnych skrupułów w prowadzeniu takiej działalności.  Z ofert publicznych chętnie szydzi Warren Buffett. Jego najbardziej obrazową metaforą jest ta o budce  telefonicznej  i Supermanie. Odpowiednio przygotowane raporty finansowe mogą sprawić, że  byle jaka spółka czyli skromny urzędnik Clark Kent przeobrazi się w nadczłowieka. Problem w tym, że za sprawą księgowych i speców od marketingu firma nie nabierze cudownych mocy i nie będzie zarabiać pieniędzy dla swoich akcjonariuszy, którzy zakupią  udziały skuszeni wizją przyszłego rozwoju.

 W 1999 roku na na GPW zadebiutował informatyczny Comarch profesora  Janusza Filipiaka. Firma powstała w 1993 roku, więc nie miała zbyt długiej tradycji w tamtym momencie. Jej pierwsza siedziba mieściła się w wynajętym lokalu znajdującym się w krakowskim  akademiku a głównym zleceniodawcą była Telekomunikacja Polska. Duże uzależnienie od jednego podmiotu zdaniem Fishera nie jest komfortowe.  Zysk firmy za 1999 rok wyniósł 14 mln zł a w 2000 roku tylko 6,38 mln. Nie miało to uzasadnienia w otoczeniu zewnętrznym spółki. Rok 2000-tysięczny to czas wzrostu PKB o 6%  i prosperity pod każdym względem. Trudno więc winić spadek popytu za nagły spadek zysku.  W przypadku Comarchu prezes tłumaczył spadek zysku kosztem ekspansji zagranicznej i innych inwestycji, które miały na celu dywersyfikację bazy przychodów - w tym wypadku uniezależnienie się od m.in wspomnianiej TP.SA.  Jak widać, niezbędne, trudne decyzje i ich wpływ na wyniki zostały odłożone na okres po debiucie. Warto sięgnąć do raportu rocznego spółki Comarch, opublikowanego w kwietniu 2001, dostępnego na stronie : www.comarch.pl/relacje-inwestorskie/raporty-okresowe/2000  i poczytać w jaki sposób prezes tłumaczy spadek zysku. Niestety jest to powszechna praktyka spółek debiutujących na GPW. Do emisji akcji wykorzystuje się  okres,  gdy firma może pochwalić się szczególnie wysokim zyskiem, by sprzedać akcje po dobrym kursie. Może to być moment po zaksięgowaniu przychodów ze  szczególnie rentownego kontraktu/zlecenia.  Niektóre spółki - nie mówimy tu o  Comarchu - pozwalają sobie wręcz na kolokwialnie rzecz ujmując  "podrasowanie wyników" przed ofertą pierwotną.  Wielu czytelników pewnie zna  powiedzenie “małe kłamstwo, wielkie  kłamstwo, statystyka”. Niestety podobnie bywa z księgowością licznych firm. Uczciwość jest tutaj wyjątkiem a nie regułą.  Po szampańskich nastrojach z debiutu, szara rzeczywistość  weryfikuje ambitny prospekt emisyjny. Pewnym usprawiedliwieniem dla spółek jest to, że po debiucie dysponują one zwiększoną ilością kapitału z emisji i mogą podjąć się realizacji zapowiadanych  planów inwestycyjnych. Problem w tym, że te ostatnie  zawsze niosą za sobą spore ryzyko i w krótkim terminie oznaczają wzrost kosztów, zanim zaczną generować wyższe przychody i zyski. Zobrazujmy to prostym przykładem.  Wyobraź sobie, że otwierasz sklepik  spożywczy i masz na ten cel przygotowaną kwotę 200 tys. zł. Przez pierwsze 2-3 miesiące będziesz już ponosił koszty wynagrodzeń dla pracowników, opłatę za wynajem lokalu i wiele, wiele innych. Twoja działalność będzie generować stratę przez pierwsze kilka miesięcy a nawet kwartałów, dopóki  ilość klientów  nie przekroczy określonego  poziom. W przypadku dużych firm perspektywa jest znacznie dłuższa a koszty są wysokie przez kilka kwartałów a nawet lat.

 Są oczywiście pozytywne wyjątki od opisanych reguł jak np. sieć handlowa Dino Polska SA, której kurs w drugiej połowie 2017 sukcesywnie rósł wraz z przychodami i zyskami. Czas pokaże, czy tendencję tę uda się utrzymać.  Firma zadebiutowała w kwietniu 2017 a obecnie, w grudniu 2017 kurs znajduje się już 100% wyżej niż podczas pierwszych sesji na GPW.

Warto  wybierać firmy, które na giełdzie są notowane od co najmniej 5-7 lat i zdążyły już przejść jakiś okres spowolnienia w gospodarce, np. taki jak ten towarzyszący kryzysowi Strefy Euro w 2012 roku. Jak mawia Warren Buffett: “podczas odpływu widać kto pływa nago”. W okresie prosperity księgowi są w stanie zamiatać brudy pod dywan, ale podczas recesji nawet oni zmuszeni są skapitulować. W 2008 roku w kontekście instytucji finansowych i tego co trzymały w księgach mówiło się obrazowo o “ukrytych trupach wypadających z szaf”. Osoba, która kupiła akcje Comarchu po kilku latach od debiutu, np. podczas spowolnienia koniunkturalnego w latach 2002-2004, gdy dynamika polskiego i światowego PKB wyhamowała, mogła później  zarobić całkiem sporo. W długim terminie inwestycje Comarchu rzeczywiście przełożyły się na poprawę wyników i stała się polskim czempionem na globalnych rynkach.  Spółka cały czas prężnie się rozwijała aż do chwili obecnej. Jak widać, nie ma żadnego powodu, by kupować akcje firm natychmiast po wejściu na giełdę.

Warto jeszcze odnieść się w tym miejscu do ofert na rynku pierwotnym. Czy opłaca się w nich uczestniczyć i zapisywać się na akcje jeszcze przed ich wejściem na giełdę? Dane podawane przez media  wydają się być  zachęcające i sugerują, że w pierwszym dniu notowań, spółki zyskują statystycznie rzecz biorąc średnio aż kilkanaście procent. Doświadczenia praktyczne wydawcy tego materiału są jednak mniej korzystne. Otóż zazwyczaj jest tak, że akcje firm, które mocno rosną na pierwszej sesji podlegają wcześniej dużej redukcji, bo chętnych na ich zakup jest wielu. Jeśli wydamy 10 tys. zł aby zapisać się na udziały ale dojdzie do redukcji o 90% wówczas otrzymamy przydział na akcje warte 1 tys. zł. Załóżmy, że w dniu debiutu kurs rośnie o 30% i zarabiamy 300 zł. Z drugiej strony mamy firmę, której kurs na pierwszej sesji spadł o zaledwie 5%. Również tutaj zapisaliśmy się wcześniej  na akcje warte 10 tys. zł ale nie dochodzi tu do redukcji.  Zatem na pierwszej sesji tracimy 5% od całych 10 tys. czyli 500 zł. Bilans naszych spekulacji na IPO ?  300 zł zysku - 500 zł straty = 200 zł straty. A jak wygląda oficjalna statystyka? Jedna spółka wzrosła o 30% a druga spadła o 5% więc daje to wynik 25% podzielony przez 2 = 12,5%. Zatem oficjalnie na dwóch IPO zarabia się średnio 12,5%, jednak dla inwestora wcale nie musi oznaczać to zysku. Opisane, hipotetyczne sytuacje są zobrazowaniem subiektywnych,  osobistych doświadczeń wydawcy  i  nie są reprezentatywne ani potwierdzone metodą naukową.  Zachęcamy do własnych obserwacji pod tym względem i uwzględnienia w nich poziomu redukcji

2) Nie rezygnuj akcji dobrych spółek tylko dlatego, że są poza obrotem giełdowym

W tym punkcie Fisher przedstawił w swojej książce realia obrotu akcjami z jego czasów. Wiedza ta jest obecnie mało  aktualna i nie ma ona obecnie zbyt dużej  wartości. Jednak istnieje praktyczne zastosowanie do tej porady. Większość osób kojarzy dywidendę ze spółkami akcyjnymi, które są notowane na giełdzie. Skojarzenie to jest słuszne aczkolwiek niepełne, bowiem dywidendę może wypłacić spółka z ograniczoną odpowiedzialnością, spółka komandytowa, spółka komandytowo-akcyjna oraz spółka akcyjna nienotowana na giełdzie. W przypadku spółek z oo. oraz akcyjnych, które są nienotowane  sprawa dywidendy wygląda tak samo, jak w przypadku spółek giełdowych. To znaczy na dzień ustalenia prawa do dywidendy  trzeba posiadać udziały. Ciekawie  wygląda sytuacja  gdy chodzi o spółki komandytowe. W ich przypadku występują dwa rodzaje wspólników – komplementariusze i komandytariusze. Z inwestycyjnego punktu widzenia interesujące jest bycie komandytariuszem.  Wspólnik ten nie ma prawa, ani obowiązku prowadzenia spraw i reprezentowania spółki. Za jej zobowiązania odpowiada natomiast tylko do wysokości sumy komandytowej, określonej w umowie spółki. Wynika z tego, że komandytariusz „jedynie” uczestniczy w zyskach i stratach firmy. Szczegółowe przepisy regulujące funkcjonowanie spółki komandytowej znajdują się w Kodeksie Spółek Handlowych. Warto pamiętać, że przepisy cały czas się zmieniają i w chwili gdy słuchasz tego materiału mogą być inne.

Kolejnym plusem spółki komandytowej  jest fakt, że dywidenda wypłacona udziałowcom nie jest objęta podatkiem. Przepisy ustawy o PIT nie przewidują opodatkowania kwot wypłaconych wspólnikom z tytułu podziału zysku w spółce komandytowej. Zatem jeżeli w jakiś sposób uda się inwestorowi zostać udziałowcem spółki komandytowej to może przez wiele lat cieszyć się nieopodatkowaną dywidendą.

Warren Buffett w młodości chętnie  nabywał  akcje lokalnych firm z Omaha. Udziały  kupował np. u farmerów.  W Polsce świadectwa udziałowe rozdzielone w ramach programu powszechnej prywatyzacji z lat 90-tych  można było kupić okazyjnie od osób, które nie znały ich prawdziwej wartości.  Warren Buffett pracując po studiach  w funduszu  Graham-Newman  regularnie czytał tzw.  Pink Sheets (dosłownie różowe strony) , które ukazywały się cotygodniowo. Można było tam znaleźć dane finansowe licznych spółek. Dodatkowo co   6 miesięcy publikowano  National Quotation Book. Dostępne tam były dane firm zbyt małych aby  znalazły się  na cotygodniowych “różowych stronach” wspomnianych wcześniej. Trud się opłacał.  Często znajdował w ten sposób większe okazje niż na Wall Street.

3) Nie kupuj akcji tylko z powodu atrakcyjnie wyglądającego raportu rocznego

Chyba każdemu człowiekowi zdarzyło się kupić coś pod wpływem impulsu. O ile taki zakup w przypadku taniego produktu nie jest specjalnie szkodliwy, o tyle nabycie  akcji pod wpływem przypływu emocji może być niezwykle groźne. Żaden inwestor nie jest na tyle bogaty żeby ulokować swoje ciężko zarobione pieniądze w akcje słabej spółki. Fisher uważa, że pierwszym co powinno zaniepokoić przy czytaniu sprawozdania finansowego jest  jego wygląd przypominający materiał reklamowy – kolorowe wykresy, noty rzekomo napisane przez prezesa, czy bardzo optymistyczne prognozy na przyszłość. Taka zawartość raportu może wskazywać na to, że firma próbuje coś ukryć przed akcjonariuszami. Ostrożny inwestor wie, że księgowość powinna być czarno-biała i przedstawiać w sposób rzeczywisty dane finansowe z przeszłości. Oczywiście nie należy z góry przekreślać firm, które publikują swoje sprawozdania w takiej formie. Warto  jednak zachować szczególną ostrożność dokonując analizy i nie ulec sugestii zawartej w ozdobach. W sprawozdaniu finansowym interesujące są jedynie dane finansowe. Oczywiście od czasu gdy Fisher publikował swoje przemyślenia minęło już kilka dekad a kolorowy raport kwartalny w formie prezentacji PDF nie jest niczym złym.  Należy jednak pamiętać,  aby barwne diagramy i atrakcyjne zdjęcia produktów firmy nie odciągnęły  nas o konkretnych danych.  Należy też zwrócić uwagę na to czy zarząd spółki nie emanuje przesadnym, fałszywym optymizmem. Słuchając wypowiedzi Buffetta np. podczas odpowiadania na pytania zadawane na  Walnym Zgromadzeniu Akcjonariuszy Berkshire warto zwrócić na jego samokrytycyzm  i poszukiwane potencjalnych zagrożeń.

Jason Zweig, autor komentarzy do jednego z wydań Inteligentnego Inwestora autorstwa Benjamina Grahama sugeruje aby podczas analizy sprawozdań finansowych zacząć czytać je od końca. Wszystkie sprawy jakie spółka chce zataić znajdują się właśnie w dalszej części  raportu. Przypisy, gwiazdki oraz zdania napisane drobnym drukiem mogą stanowić dla inwestora cenne źródło informacji o danej firmie. Warren Buffett zauważa, że każdy zapis w raporcie finansowym, który wprowadza odbiorcę w błąd jest jak karaluch w kuchni. Nawet jeżeli widzi się tylko jednego, to z całą pewnością gdzieś jest ich większa grupa,  zupełnie jak nieuczciwe zapisy w sprawozdaniach finansowych firm.

4) Nie zakładaj, że wysoka cena akcji w stosunku do zysków wskazuje na to, iż dalszy ich wzrost został już w znacznej mierze  uwzględniony w cenie

Czasami zdarza się, że jakaś spółka na giełdzie przez wiele lat zwiększa zyski oraz udziały w rynku,  rozwija nowe produkty i stale przynosi zysk akcjonariuszom. Można wyobrazić  sobie, że taka fenomenalna spółka obecnie posiada wysoki, bo wynoszący 20-30 wskaźnik cena/zysk, a jej kierownictwo opublikowało raport, w którym przewiduje podwojenie osiąganych zysków w ciągu pięciu lat. Ten ostatni czynnik może spowodować, że wiele osób uzna, że akcje te są przewartościowane. Zdaniem Fishera,  w przypadku  doskonałej firmy sytuacja wygląda zgoła inaczej – jeżeli prognozy się spełnią to zyski zostaną podwojone w ciągu pięciu lat, a zatem cena akcji powinna wzrosnąć o 100% w tym czasie. Jeśli wiadomo, że zarząd jest bardzo zdeterminowany aby rozwijać nowe produkty,  podbijać nowe rynki i jest przestrzeń do takiej ekspansji jeszcze przez wiele lat,  to w jego opinii  nie należy się obawiać wysokiej wyceny. Jeżeli zatem sytuacja jest tak dobra jak przypuszczamy to wysoki mnożnik wyceny  nie jest żadnym przeciwwskazaniem do podjęcia inwestycji. Ekstremalnym przykładem takiej spółki jest Amazon, który we wrześniu 2012 roku charakteryzował się wskaźnikiem cena/zysk na poziomie 3633 przy cenie akcji wynoszącej 254 dolary. W trzecim kwartale 2017 za jedną akcje tej spółki płacono  1020 dolarów, przy wskaźniku cena/zysk wynoszącym 192. Jeżeli jakiś inwestor nie przestraszył się tak ekstremalnej wyceny i zainwestował w spółkę zarządzaną przez  Jeffa Bezosa pięć lat temu, to dzisiaj mógłby cieszyć się pokaźnym zyskiem wynoszącym kilkaset  procent. Dlaczego inwestorzy zaufali Amazonowi? Kluczem  są tutaj dynamicznie rosnące przychody, zwiększające się w tempie kilkudziesięciu procent rocznie. Inwestorzy cały czas zakładali, że wcześniej czy później  przełożą się one na większe zyski , gdy firma wypracuje  odpowiedni efekt skali i zdobędzie spory  udział w rynku, co pozwoli zwiększyć ceny i marżę.

Oczywiście nierozsądne byłoby inwestowanie w jakąś przewartościowaną spółkę na podstawie tego jednego przykładu. Ten punkt filozofii inwestycyjnej Fishera budzi najwięcej kontrowersji. W polskich warunkach można wskazać na spółkę LPP, której akcje straciły blisko 60% w latach 2014-2016, mimo, że firma ta cały czas zwiększała przychody. Problem w tym, że było to tempo niższe niż oczekiwał  rynek na początku 2014 roku , oraz spadły zyski. Trudności nastręczał  także rynek rosyjski po osłabieniu rubla, oraz dość duże nasycenie sklepami rynku polskiego. W tych warunkach wysoki wskaźnik cena do zysku na poziomie 40 w 2014 roku okazał się dla notowań akcji przysłowiowym gwoździem do trumny. Co ciekawe w drugiej połowie 2016 i w 2017 roku akcje spółki znowu zwyżkowały  i odrobiły większość strat. Widać mając w ręku akcje firmy o rosnących przychodach przynajmniej w długim terminie trudno stracić dużo pieniędzy.

Również Warren Buffett  nie stroni od zakupu firm z delikatnie podwyższonym mnożnikiem Cena/Zysk o ile jest to uzasadnione dużym potencjałem na przyszłość. Przykładowo akcje Coca-Coli w latach 80-tych kupował przy P/E ratio 15 podczas gdy średnia dla Wall Street bliska była dziesięciu.  Jednak trudno dostrzec aby decydował się on zakup spółek wycenianych np. na  50 letnie zyski lub jeszcze droższe. W 1973 roku za namową Charliego  Mungera, Warren przeprowadził jedną z najlepszych transakcji w swoim życiu. Poprzez firmę Blue Chip Stamps, którą  opiszemy w dalszej części pracy -  po cenie kilkakrotnie przekraczającej   wartość księgową panowie kupili wywodzącą się Kaliforni firmę See’s Candies.  Było to wtedy przedsiębiorstwo rodzinne ,  zajmujące się produkcją i  dystrybucją słodyczy, w szczególności czekoladek. Choć majątek firmy cukierniczej był niewielki w stosunku do ceny zakupu to posiadała ona coś, co stanowiło o jej wartości. Była to silna marka i grono przywiązanych klientów. Co ciekawe Charlie musiał mocno się natrudzić aby przekonać Buffetta do tej inwestycji. Widać nadal jeszcze miał on mentalny problemy aby uwolnić się od poszukiwania niedopałków cygar, które można było nabyć poniżej wartości księgowej. Właśnie dlatego urodzony w 1924 roku Munger - a więc 6 lat starszy od wyroczni z Omaha - bywa nazywany nie tylko przyjacielem, ale też nauczycielem Warrena.

Pod wieloma względami jest on przeciwieństwem  Buffetta. Munger jest republikaninem, a nie demokratą jak jego przyjaciel . Podczas  gdy Buffett skupia się niemal wyłącznie na biznesie,  dla Mungera praca jest tylko jedną z wielu aktywności. Bardzo dużo energii poświęca chociażby swoim zainteresowaniom z zakresu psychologii. Słynie z erudycji i twierdzi, że nie zna ani jednej mądrej osoby, która nie lubi czytać książek.  Dzięki starszemu koledze Warren mocno rozszerzył swoje horyzonty. Łączy ich pasja do inwestowania oraz skrajna  oszczędność.  Ich inwestycja w See’s Candies  była strzałem w dziesiątkę i pozwoliła na blisko 40-krotne pomnożenie kapitału.   Zysk firmy  przed opodatkowaniem  wynosił 4 miliony dolarów  w 1972 roku, a kilkadziesiąt lat później aż 25 krotnie więcej.

Jak drogie mogą być firmy, które kupujemy? Bardzo ciekawą opinię na temat wskaźnika cena do zysku sformułował Peter Lynch. Zastosował on niesłychanie  prostą formułę. Otóż twierdzi,  że może zapłacić równowartość 20 letnich zysków za firmę, której zyski będą rosły w tempie 20% rocznie przez wiele lat. Dla firmy ze wskaźnikiem cena do zysk 30 wymagałoby aż 30-to procentowej dynamiki. W 2017 roku taki postulat  brzmi bardzo konserwatywnie i w praktyce jest trudny w realizacji. Obecnie spółki takie jak ccc i Lpp wyceniane są na 25 letnie zyski. Jeszcze droższy jest Amrest. Czy możliwym jest aby nadal  rozwijały się w tempie tak zawrotnym ? Bardzo wątpliwe. Sygnalizuje to raczej ,że pod koniec 2017 roku gdy powstało to opracowanie, wyceny giełdowe doszły do bardzo niepokojących poziomów. Chodzi tutaj szczególnie o Stany Zjednoczone ale również liczne spółki z Polski. Dość atrakcyjnie przedstawiają się wyceny małych firm np. z naszego indeksu swig ale czy będą one w stanie rosnąć w momencie gdy pojawią się spadki w Ameryce ? Każdy musi sobie sam odpowiedzieć na to pytanie.

5) Nie spieraj się o małe kwoty

Stare polskie przysłowie mówi, że chytry dwa razy traci. W giełdowych realiach można dodać do tego przysłowia drugą część, w której powiedziane jest, że chytry inwestor giełdowy traci szansę na wielkie zyski z powodu stosowania zleceń z limitem ceny. W swojej książce Fisher przytacza przykład doświadczonego inwestora, który złożył zlecenie z limitem ceny wynoszącym 35 dolarów za akcje pewnej spółki. Pech chciał, że kurs zamknięcia tego dnia wynosił 35,5 dolara. Przykrością jaka spotkała tego człowieka  był fakt, że notowania firmy   nigdy więcej nie zbliżyły się już do tego poziomu. Po 25 latach od opisanego momentu kurs akcji  dotarł do  ponad 500 dolarów, uwzględniając podziały i wypłatę dywidendy. Maklerzy na pewno byliby w stanie przytoczyć wiele podobnych przykładów. Morał, który z tego wypływa jest taki, że jeżeli myśli się o długoterminowej inwestycji to nie warto sobie zawracać głowy ułamkami ceny, ponieważ „oszczędność” kilkudziesięciu czy kilkuset złotych w porównaniu do zysków wynoszących kilkadziesiąt lub kilkaset procent nie ma żadnego logicznego uzasadnienia. Jeżeli jest się inwestorem indywidualnym i zamierza się nabyć tylko niewielki pakiet akcji płynnej spółki to można  skorzystać ze zlecenia po cenie rynkowej. Najbezpieczniej będzie  zastosować zlecenie z limitem ceny, ale należy pamiętać żeby znajdował się on w takim przedziale aby transakcja  mogła się dokonać.

W przypadku Warrena Buffetta trudno mówić o stosowaniu się do tej  rady Fishera. W blisko tysiąc stronicowej biografii autorstwa  Alice Schroeder  pt. “Snowball. Warren Buffett Business Life”  możemy przeczytać, do jakiego stopnia  inwestor z Omaha słynie z oszczędności. Kilkadziesiąt lat temu w kręgu  przyjaciół Warrena i jego żony Susie  krążyła legenda, iż skąpy Buffett - który już wtedy był milionerem - nie pozwolił na zakup kołyski dla nowo narodzonej córki i nakazał by spała ona w otwartej szufladzie. Małżeństwo zdementowało stanowczo takie insynuacje, ale już sam fakt , że wśród znajomych małżeństwa krążyły takie historie pokazuje dobitnie jak był postrzegany.  Kupując akcje spółki Berkshire Hathaway poprzez zaufane biuro maklerskie Tweedy Browne  Warren prosił o dyskrecję - nie chciał rzecz jasna aby kurs  wzrósł  przed zakończeniem skupu - i stanowczo zaznaczył : kupujcie po kursie  4 i pół dolara za sztukę  i ani centa więcej.

6) Nie gloryfikuj dywersyfikacji

Dywersyfikacja od zawsze stanowiła dogmat, który w zasadzie nie podlega żadnej dyskusji. Nawet osoby, które w życiu nie dokonały żadnej inwestycji słyszały, że należy dywersyfikować swój portfel i nie wkładać wszystkich jajek do jednego koszyka. Czytelnik może wyobrazić sobie sytuację, że otrzymał spadek, prowadzi oszczędny tryb życia lub   posiada dość  dobrze prosperujący biznes zupełnie niezwiązany z giełdą papierów wartościowych. Dzięki temu udało mu się zgromadzić 100 tysięcy złotych, które zamierza zainwestować na rynku akcji stosując kryteria Fishera. Oczywiście nie zainwestuje tych pieniędzy w tylko jedną spółkę, bo jeśli pomysł okaże się  nietrafiony to narazi cały swój kapitał na stratę. Zatem w ile spółek miałby zainwestować Z odpowiedzią na to pytanie przychodzi słynny inwestor  Peter Lynch, który radzi aby zainwestować w tyle spółek ile jest się w stanie regularnie obserwować. Absurdem byłoby kupować akcje dwudziestu firm  ze względu na znaczne trudności ze śledzeniem ich wyników. W końcu priorytetem dla czytelnika jest kierowanie swoim biznesem lub praca na etacie, a inwestycja na giełdzie ma być rozsądną i zyskowną lokatą jego ciężko zarobionych pieniędzy. Ponadto należy się zastanowić czy na rynku  jest aż dwadzieścia spółek, które są w stanie spełnić rygorystyczne wymagania przedstawione w tym opracowaniu. Zdaniem Fishera w budowaniu portfela najważniejsze jest,  żeby wybierać do niego najlepsze spółki, a nie posiadać ich możliwie najwięcej. Posiadanie przez inwestora bardzo długiej listy papierów wartościowych nie świadczy o tym, że jest on sprytny w tym co robi, ale o tym, że brak mu pewności siebie.

W przeciwieństwie do Benjamina Grahama -  któremu zdarzało się  trzymać setki spółek jednocześnie - a podobnie jak Fisher,  Warren Buffett nie uznaje skrajnej  dywersyfikacji. Uważa ją niemal za głupotę. Sam kiedyś powiedział: „Jeśli dywersyfikujesz to znaczy, że nie wiesz co robisz”. Według niego, dywersyfikacja nie pozwala w pełni wykorzystać możliwości posiadania świetnych spółek. Lepiej mieć w portfelu 5 firm, które uważa się za znakomite niż 20 przeciętnych. W jednym z wywiadów przyznał kiedyś, że zbudowanie tak wielkiej fortuny udało mu się dzięki 15 trafnym decyzjom inwestycyjnym. Każdemu inwestorowi Warren Buffett radzi, aby na początku swojej kariery zaopatrzył się w perforowaną kartę, która pozwoli na jedynie 20 decyzji inwestycyjnych w życiu. Jego strategią inwestycyjną  jest jakość, a nie ilość.  Słynie z tego, że z niektórymi inwestycjami związał się na dekady. Tak było np. z akcjami Coca-Cola, które Buffett kupował jeszcze w latach 80-tych i większość z nich trzyma aż do dzisiaj, czyli 30 lat później!

Holding Berkshire Hathaway, w który Warren przekształcił stare przedsiębiorstwo tekstylne, kontroluje firmy takie jak GEICO, BNSF Railway, Lubrizol, Fruit of the Loom i wiele, wiele innych  Przedsiębiorstwo Buffetta  należy do  największych firm świata pod względem wyceny giełdowej. W 2017 roku jej wartość przekroczyła 400 mld dolarów. Zatrudnia 330 tys. pracowników. Oprócz tego   Berkshire   posiada akcje spółek,  nad którymi nie sprawuje kontroli. Okazuje się, że gigant  Buffetta  posiada niezbyt urozmaicone portfolio. Pakiety akcji Wells Fargo, The Coca-Cola Company, American Express i IBM  stanowią blisko połowę całości portfela akcji. Gdybyśmy dodali do tego Heinz, nad którymi Berkshire sprawuje de facto kontrolę , posiadając około 40% akcji, to okaże się, że 80% portfela akcji to tak naprawdę  6 spółek. Dlaczego drobny inwestor indywidualny miałby decydować się w takim razie na więcej niż tyle właśnie firm w portfelu?

 Również jako osoby fizyczne  Buffett i Munger nie uznają dywersyfikacji.  99%  majątku Warrena   i 90% Charliego  stanowią akcje Berkshire Hathaway. Nie posiadają portfeli nieruchomości i obligacji  wartych dziesiątki miliardów dolarów jako dodatkowego zabezpieczenia. Warto jednak zaznaczyć, że   Warren Buffett i Peter Lynch zachęcają osoby posiadające stabilne zatrudnienie do wzięcia kredytu – umiarkowanej wysokości – na zakup domu dla siebie.

Sam Warren Buffett również wziął w młodości kredyt by nabyć nieruchomość, w której mieszkał wraz z rodziną. Oczywiście nie był to zakup inwestycyjny, ale skoro warto kupić dom na kredyt dla siebie i rodziny to czy nie jest to zarazem dobry pomysł na inwestycję ? Należy jednak pamiętać, że w Stanach Zjednoczonych kredyty hipoteczne są oparte o usztywniony poziom stopy procentowej. W Polsce ryzyko zmian WIBOR bierze na siebie klient banku.

7) Nie bój się wojny

Punkt ten odnosi się ściśle do amerykańskiej giełdy, która na początku II Wojny Światowej zanotowała znaczny spadek, ale później przyniosła ogromne zyski. Jest to raczej wyjątek w skali świata, ponieważ większość krajów, które brały udział w konflikcie było po jego zakończeniu zrujnowane. Jest to praktyczny przykład realizacji metafory zbitej szyby. Sformułował ją Frédéric Bastiat. Temat ten został poruszony w książce  pt. „Ekonomia w jednej lekcji” autorstwa Henry’ego Hazlitta.

Frédéric Bastiat opisuje chuligana, który wybija szybę w piekarni a potem szybko oddalił się z miejsca zdarzenia. Wkrótce  pojawia  się grupa  gapiów, a pokrzywdzony piekarz narzeka, że wprawienie nowej szyby kosztować go będzie np. 400 franków. Ktoś z tłumu oświadcza, że nic złego  się nie stało , bo przecież będzie to oznaczało zarobek dla szklarza. Zarobione pieniądze szklarz wyda na jakieś inne towary i usługi a potem pieniądze powędrują jeszcze dalej. W ten oto sposób dojdzie do ożywienia   lokalnej  gospodarki. Można zatem dojść do  paradoksalnego wniosku, że chłopak  nie zrobił nic złego. Gdyby nie wybił szyby, inni  nie mieliby zarobku.

Bastiat zwraca  uwagę na drugą stronę problemu. Piekarz miał 400 franków  i szybę. Teraz będzie mieć wyłącznie  nową  szybę. Co jeśli pieniądze planował  przeznaczyć na zakup  marynarki u krawca?  W rzeczywistości nie powstało zatem żadne nowe zatrudnienie, bo zysk szklarza jest stratą kogoś innego.
Henry Hazlitt uważa ten błąd myślowy za mocno rozpowszechniony. W mediach ekonomicznych często słychać komentarze, że straty wywołane powodzią ożywią sektor budowlany, nie dostrzegają, że koniunktura w jednej branży będzie oznaczała kryzys innej. Wyjątek może stanowić sytuacja, gdy katastrofa obniża nieoptymalnie wysoki poziom oszczędności gospodarstw domowych w kraju nią dotkniętym, co przynajmniej w krótkim okresie podnosi tempo wzrostu PKB. Z taką sytuacją możemy mieć do czynienia w krajach  jak Szwajcaria, Holandia, Tajwan  czy  Niemcy, których społeczeństwa dysponują potężną ilością aktywów finansowych  a państwa te zmagają się z niedoborem popytu wewnętrznego i są eksportowymi czempionami. Mówiąc w dużym uproszczeniu: Szwajcar, którego nieubezpieczony dom spłonie  w pożarze z większym prawdopodobieństwem będzie w stanie odbudować go po wypłaceniu środków z funduszu inwestycyjnego i lokaty. Zadłużony Amerykanin będzie musiał zaciągnąć jeszcze więcej kredytów i zrezygnować przez 10 lat z wakacji i kupna samochodu. Szwajcar  może kupić nowy dom,  a i tak będzie w stanie 5 lat później pozwolić sobie na nowe auto.

Każdy konflikt na świecie wywołuje niepokój i strach wśród ludzi. Martwią  się oni o potencjalną eskalację, która może zagrozić im oraz ich rodzinom. Obawy te mogą zaburzyć ocenę czysto ekonomicznych czynników. Historia pokazuje, że zawsze na wieść o wybuchającej gdzieś wojnie rynki akcyjne zareagowały spadkami. Fisher uważa, że w takiej sytuacji inwestorzy zapominali, że ceny akcji są wyrażane w pieniądzu. A co się dzieje z tym ostatnim  podczas konfliktu ? Z książki profesora Zbigniewa Lewickiego.  Historia cywilizacji amerykańskiej. Era konfrontacji dowiadujemy się, że podczas II wojny światowej miedź w jednocentówkach i nikiel w monetach pięciocentowych zamieniono na stal, bo cenne surowce były potrzebne do produkcji zbrojeniowej.   Oczywiście jest to tylko metafora i obrazowe  zilustrowanie bardziej abstrakcyjnego procesu, jakim jest  utrata wartości przez pieniądz w takich okresach.

Administracje rządowe wydają w tym czasie znacznie więcej niż mogą zebrać od podatników. Powoduje to wzrost ilości pieniądza w obiegu co prowadzi do obniżenia wartości każdej jego jednostki. Zakup tej samej liczby akcji co kiedyś wymaga znacznie większej liczby posiadanej gotówki. Powodem kupowania akcji ze strachu przed wojną lub w jej obliczu nie jest fakt, że wojna ta może opłacać się akcjonariuszom. Chodzi o to, że pieniądze stają się wtedy mniej  pożądanym towarem, więc ceny akcji w nich wyrażone powinny rosnąć. Teza Fishera może być argumentem za tym, że wojna wywołuje inflację, co faktycznie miało miejsce w Europie po I wojnie światowej, oraz w USA po II wojnie światowej  i konflikcie w Wietnamie.

W wykładzie audio  Łukasza Tomysa pt. “George Soros. Droga do fortuny” opisano w jaki sposób zarządzający funduszem Quantum  zarobił kupując przecenione akcje przed rozpoczęciem operacji Pustynna Burza w Iraku.  Po inwazji Saddama na Kuwejt notowania na Wall Street spadły, a rozpoczęcie amerykańskiego ataku było poprzedzone długimi przygotowaniami. Pracujący dla Sorosa Stanley Druckenmiller słusznie przewidział, że samo rozpoczęcie ataku zostało już zdyskontowane i nie wywoła dalszego spadku notowań, wręcz przeciwnie, dojdzie do odbicia.

Na koniec tego rozdziału pewna ciekawostka historyczna nawiązująca do wspomnianej II wojny światowej i strat na własnym terytorium. Jak wyglądały ofiary  na terytorium USA,  zadane Amerykanom przez Japończyków,  nie licząc Hawajów i położonego tam Pearl Harbor ? Otóż cesarstwo  nie było w stanie wysłać samolotów nad terytorium Ameryki Północnej. Jeden raz doszło do sytuacji, gdy japoński okręt podwodny ostrzelał rafinerię w Kalifornii. Japończycy posłali też w stronę terytorium  USA kilka tysięcy  balonów  niesionych wiatrem. Zawierały 25 kilogramowe ładunki wybuchowe i zapalające.  Kilkaset  z nich dotarło na teren wroga,  część poszybowało nad Kanadę. W USA  zabiły w sumie 6 osób. Znacznie większe ofiary zadały Amerykanom niemieckie U-Uboty polujące między innymi na tankowce w Zatoce Meksykańskiej.  Oczywiście Amerykańskie społeczeństwo poniosło ofiary na frontach, ale stanowiły one 0,3% amerykańskiej populacji.  Z książki profesora Zbigniewa Lewickiego, dowiemy się także, że w latach 1940 - 1945 amerykański PKB uległ podwojeniu. Nigdy wcześniej ani później w historii żadna gospodarka na świecie nie dokonała takiego skoku. Paradoksalnie nastąpił   on w warunkach ekonomiki  nie całkiem wolnorynkowej. Państwo gwarantowało firmom prywatnym zakup całej produkcji zbrojeniowej po z góry ustalonej cenie, uwzględniającej koszt wytworzenia i godziwy zysk dla firm. Zawieszono też prawo anty-trustowe o ile uznano, że w danym przypadku służy to większej wydajności. Część surowców, jak benzyna uległo reglamentacji, czyli zostały wyłączone z wolnorynkowej gry popytu i podaży. Amerykańska inicjatywa prywatna przed wojną zbudowała potencjał przemysłowy ,  który teraz można było przestawić na cele wojenne. Od 1 lutego 1942 zabroniono w Stanach Zjednoczonych produkcji samochodów na cele cywilne. Zakłady motoryzacyjne dostarczały wojsku nie tylko aut. Powstało tam ¾ czołgów, 1/3 pistoletów maszynowych i ponad połowa silników lotniczych.    Wprawdzie konsumpcja prywatna uległa pewnej reglamentacji ze względu na militarne priorytety, ale warto wspomnieć, że w 1945 roku przeciętna, dzienna  wartość  energetyczna posiłków w USA wynosiła 3500 kalorii a w Europie 1500. W czasie wojny produkcja przemysłowa Stanów Zjednoczonych wzrosła 3 krotnie i nie odbyło się to  kosztem dużych wyrzeczeń ze strony  społeczeństwa.  W świetle tych danych nie dziwi fakt, że dla Fishera wojna była jedynie czymś w rodzaju okazji zakupowej na rynku akcji.

8) Nie pozwól aby na Twoje decyzje wpływały rzeczy nieistotne

W Internecie oraz prasie branżowej można natrafić na  różne dane statystyczne dotyczące poszczególnych spółek giełdowych. Informacje  te zazwyczaj są zgodne z prawdą. Pochodzą ze sprawozdań finansowych, które zostały zbadane i zatwierdzone przez biegłego rewidenta. Jednak mimo  wiarygodności tych informacji, ich użyteczność przy podejmowaniu decyzji inwestycyjnych jest często przeceniana. Do takich danych można zaliczyć przedziały cenowe w jakich zawierały się ceny interesujących nas walorów,  oraz zysk przypadający na jedną akcję w ciągu ostatnich kilku lat. Główną słabością tych wskaźników jest zdaniem Fishera  fakt, że odnoszą się one do przeszłości. W momencie, gdy już wejdzie się w posiadanie udziałów to najbardziej interesującą sprawą są przyszłe wyniki finansowe firmy. Oczywiście nie należy zupełnie ignorować tych informacji, ponieważ mogą one stanowić wskazówkę jaki kierunek nadać dalszej analizie, ale  nie można na ich podstawie podjąć racjonalnej decyzji zakupowej.

Pierwszy ze wspomnianych wcześniej elementów dotyczy historycznych przedziałów cen akcji. W “zwykłych akcjach, niezwykłych zyskach” Fisher stwierdza, że z jakiegoś niezrozumiałego powodu wielu inwestorów przygląda się wykresom cenowym obejmujących co najmniej pięć ostatnich lat, sprawdza cenę maksymalną oraz minimalną jaka została kiedykolwiek zaproponowana na giełdzie. Na tej podstawie przyjmują założenia co do atrakcyjności inwestycji oraz ceny maksymalnej jaką są gotowi zapłacić. Słabością tego podejścia jest fakt, że w ciągu tak długiego okresu mogło zajść wiele zmian. Spółka mogła zatrudnić nowy, bardziej kompetentny personel, rozwinąć posiadaną ofertę czy usprawnić proces produkcji. Zdarza się też zupełnie odwrotna sytuacja  i w takim wypadku akcje, które drożały przez dłuższy czas  mogą bardzo tragicznie zakończyć swój marsz na północ. Oprócz tego mogło wydarzyć się całe mnóstwo rzeczy – przedsiębiorstwo mogło spotkać się z przejściowymi trudnościami wynikających z wahań cen surowców, zmian prawnych w kraju działalności, wzrostu stóp procentowych oraz wielu innych czynników, które w żaden sposób nie są uwzględnione w wykresie cenowym.

Kolejnym parametrem, którego wartość jest przeceniana przez wielu inwestorów jest zysk przypadający na jedną akcję, który został wypracowany w ciągu ostatnich czterech lub pięciu lat. Posiadanie informacji o tym, że zysk dwa lata temu był niższy lub wyższy o jakąś liczbę w stosunku do tegorocznego nie jest niczym specjalnie użytecznym. Fisher nie sugeruje aby całkowicie zignorować ten wskaźnik, ale żeby podchodzić do niego z pewną rezerwą. Chodzi o to, że same liczby nie są w stanie wiele powiedzieć o przyszłości przedsiębiorstwa, a to przecież ona jest najbardziej interesującym czynnikiem dla każdego inwestora.

9) Pamiętaj, aby kupując akcje, uwzględnić  czas i cenę

Każdy inwestor może wyobrazić sobie sytuację, w której udało mu się znaleźć doskonałą spółkę spełniającą piętnaście kryteriów Fishera lub szereg innych wymagań jakie stawia potencjalny inwestor dla przyszłej lokaty swojego kapitału. Oprócz tej doskonałej sytuacji, jest się w posiadaniu informacji, która może wpłynąć pozytywnie na zdolność do generowania zysku przez firmę w przyszłości. Co zrobić jeśli stwierdzimy, że akcje firmy są obecnie warte fundamentalnie 20 zł za sztukę, ich obecna cena rynkowa to 30 zł, ale jesteśmy przekonani, że za 10 lat będzie to 100 zł?

Niestety Fisher nie daje tutaj jednoznacznej odpowiedzi. Dość mgliście rozważa zastosowanie uśrednienia ceny zakupu akcji. Skupia się na cenach udziałów a nie wynikach finansowych przedsiębiorstw.   Wydaje się , że mógł w tym miejscu zastosować zdyskontowane przepływy pieniężne, żeby porównać firmy między sobą i ocenić w przypadku której z nich , zakup  akcji  bardziej się opłaca. Metoda zdyskontowanych przepływów pieniężnych jest rozpowszechniona w  analizie inwestycji finansowych, rynku nieruchomości oraz zarządzania korporacyjnego. W takiej analizie bierzemy pod uwagę tak zwaną stopę dyskontową, która  przeważnie odpowiada kosztowi kapitału i zawiera ocenę ryzyka dotyczącego przyszłych przepływów pieniężnych.

 Fisher wolał w tym punkcie skupić się na opisywaniu uśredniania ceny. Pójdźmy tym śladem i napiszmy o  wnioskach na ten uśredniania. Nie są to przemyślenia samego Fishera.  Na czym w ogóle polega ta technika i jak ją stosować ? 

Wyróżniamy uśrednianie w dół, które polega na zakupie akcji po coraz niższych cenach. Jeśli pierwszego zakupu dokonaliśmy po 100 zł za akcję, a potem  cena zaczyna spadać to kolejnych transakcji  kupna dokonamy np.  po 50 zł za akcję, czyli  taniej. Jeśli oba pakiety były równej wielkości to nasza średnia cena zakupu wyniesie 75zł za  akcję, a więc całość została kupiona taniej niż pierwsze udziały. Należy stanowczo zaznaczyć, że uśrednianie w dół jest przeznaczone inwestorów, którzy dokonali starannej analizy spółki i nie dokupują akcji firmy, z której fundamentami coś jest nie tak. W takiej sytuacji jest to łapanie spadającego noża. Niestety wielu niedoświadczonych inwestorów a raczej spekulantów (stosując rozróżnienie Benjamina Grahama z Inteligentnego Inwestora) nadużywa tej techniki. Gdy ktoś  zakupi akcje licząc, że zaczną podążać na północ, a one dalej nurkują pojawia się chęć dokonania kolejnych transakcji  po niższych cenach, tak aby w razie powrotu akcji do ceny początkowej mieć już jakikolwiek zysk. To działanie można było obserwować np. u ludzi handlujących akcjami spółek takich  jak Gant Development, którego wycena wg oficjalnych danych znajdowała się np. na poziomie Cena do Wartości księgowej 0,4. Mogło się wydawać, że jest tanio, jednak kurs notował dalsze spadki, potwierdzając, że wycena z ksiąg jest oderwana od rzeczywistości, co zostało potem zweryfikowane. W takich właśnie sytuacjach strategia uśredniania w dół jest zgubna i jest to błąd powtarzany przez większość początkujących inwestorów.

Natomiast jeśli wiemy dlaczego stosujemy uśrednianie i wykonujemy je według założonego wcześniej harmonogramu, czyli będziemy dokonywać  transakcji w ściśle wyznaczonych wcześniej terminach, może się ono okazać pomocne.

Uśrednianie w górę polega na odwrotnym procesie. Załóżmy, że pierwszy pakiet kupujemy za 50 zł za akcję, a następne drożej, bo kurs podąża na północ czyli np. do poziomu 100 zł za akcję. W tym wypadku nasza średnia cena zakupu to 75zł  akcję, a więc jest wyższa niż początkowa cena zakupu. Uśrednianie w górę jest rzadko stosowaną techniką a początkujący uczestnicy rynku nie stosują jej prawie nigdy. Strategia ta wydaje się kłócić z potocznym rozumowaniem  i wywołuje mentalny opór. Gdy ceny rosną po tym jak je kupiliśmy  cieszymy się, że mieliśmy rację i zarabiamy, ale gdy pomyślimy o zwiększeniu pozycji powstrzymuje nas uczucie lęku i efekt zakotwiczenia na poziomie cenowym. Przyzwyczailiśmy się, że akcje są warte tyle ile za nie zapłaciliśmy. Gdy bardziej drożeją wydaje nam się, że ich potencjał już się wyczerpał.  Myślimy wtedy: "Przecież to już tak urosło i jest drogie. Lepiej nie zwiększać już tej pozycji”. Pojawia się wręcz pokusa do sprzedaży akcji, realizacji zysku. Potem natomiast przeznaczeniu środków na tzw.  Tanie akcje ,które nie urosły, co może oznaczać wyrywanie kwiatów i podlewanie chwastów - używając słów Petera Lyncha.

Tymczasem profesjonaliści często myślą kategorią Trend is your Friend czyli Trend jest Twoim Przyjacielem.  "Jeśli dobrze przewidziałem kierunek trendu to teraz to wykorzystam i dopóki tenże trend nie jest zagrożony, nie tylko nie będę zamykał pozycji ale nawet ją zwiększę". Oczywiście również tutaj należy uwzględnić sytuację fundamentalną spółki. Zakładanie, że coś będzie dalej podążać w górę, dlatego, że tak było wcześniej i dokupowanie kolejnych akcji bez należytego rozeznania jest tak samo pozbawione rozsądku  jak dokupowanie akcji tonącej firmy.

 10)  Nie sugeruj się tłumem

Jest to jedna z najważniejszych i najczęściej spotykanych porad w literaturze dotyczącej inwestycji. Niestety jest też jedną z najczęściej ignorowanych. Trudność w realizacji tej zasady wynika ze złożoności ludzkiej psychiki, której nie da się opisać żadnymi równaniami matematycznymi czy przeanalizować wskaźnikami finansowymi. W wielu przypadkach jedna informacja jest przeciwstawnie interpretowana przez różne grupy inwestorów. Fakt ten ma oczywiście przełożenie na cenę danego waloru, a kierunek zmian zależny jest od zasobności portfeli inwestycyjnych konkretnej grupy. Na szczęście dla osób, które chcą inwestować w sposób konserwatywny wahania takie nie mają wielkiego znaczenia.

Na giełdach papierów wartościowych, tak samo jak w wielu innych aspektach życia występują mody, które mogą trwać kilka miesięcy lub nawet kilka lat. W takiej sytuacji całe branże mogą znajdować się w niełasce inwestorów co będzie wiązało się z ich niedowartościowaniem. W dłuższej perspektywie czasu realia ekonomiczne weryfikują prawdziwą wartość rynkową danej branży lub pojedynczej firmy w niej działającej. Dzięki temu wyceny wracają do prawidłowego poziomu. Rozważania te nie odnoszą się tylko do spółek, które są niedowartościowane. Historia zna wiele tragicznych przykładów akcji, które straciły znaczną część swojej ceny, która była wywindowana ogromnymi oczekiwaniami całych rzesz inwestorów. Przykładami takich zdarzeń była bańka na rynku tulipanów w XVIII wieku, bańka dot-com z przełomu XX i XXI wieku oraz ostatni kryzys subprime z lat 2007-2008.  Powyższe rozważania można streścić w jednym zdaniu – w długim terminie rynek zawsze weryfikuje racjonalność masy decyzji inwestycyjnych wszystkich jego uczestników.

 Warren Buffett ignoruje prognozy giełdowe, analityków, maklerów, programy telewizyjne. Informacje z tych źródeł uważa za nie mające nic wspólnego z rzeczywistą sytuacją danej firmy przepowiednie. Co więcej, uważa analizy techniczne, bazujące na wolumenie, zmianach kursu i wykresach za „banialuki i brednie”. Żartuje, że z wykresu odwróconego o 180 stopni jest w stanie wyczytać tyle samo co w punkcie wyjścia. Zamiast tego koncentruje się na raporcie spółki, jej sytuacji, wynikach i perspektywach. Decyzje inwestycyjne podejmuje tylko w oparciu o własne analizy realnego biznesu danej firmy. Jeśli „chimeryczny Pan Rynek” – używając metafory Benjamina Grahama – jest w depresji i chce sprzedać swoje akcje poniżej ich realnej wartości wówczas można zastanowić się nad zrobieniem z nim interesu i zakupem akcji. Jeśli „Pan Rynek” jest w euforii i kupuje akcje po astronomicznych cenach wówczas można pozbyć się części posiadanych akcji. Pogląd Warrena Buffetta na podążanie za owczym pędem można streścić jego słynnym aforyzmem “Bądź chciwy gdy inni się boją. Bój się gdy inni są chciwi”.

Już za tydzień kolejny odcinek omawiający filozofię inwestowania Filipa Fishera.

Poprzednie odcinki znajdziesz tutaj:

https://www.longterm.pl/Kim-Byl-Filip-Fisher-Nauczyciel-Warrena-Buffetta-Cz-I.html

https://www.longterm.pl/Kim-Byl-Filip-Fisher-Nauczyciel-Warrena-Buffetta-Cz-Ii.html

https://www.longterm.pl/Czy-Kadry-Zarzadzajace-Wykazuja-Wystarczajaco-Duzo-Determinacji-Do-Dalszego-Rozwoju-Produktow-I-Uslug.html

https://www.longterm.pl/Czy-Firma-Charakteryzuje-Sie-Dobra-Organizacja-Sprzedazy.html

https://www.longterm.pl/Czy-Firma-Ma-Atrakcyjna-Marze-Zysku.html

https://www.longterm.pl/Co-Robia-Wladze-Spolki-Aby-Utrzymac-Lub-Zwiekszyc-Marze-Zysku.html

https://www.longterm.pl/Pytanie-Nr-6-Czy-W-Firmie-Panuja-Dobre-Stosunki-Pracy.html

https://www.longterm.pl/Czy-Na-Szczeblu-Zarzadczym-Stawiane-Sa-Cele-Dlugoterminowe-Dotyczace-Rozwoju.html

https://www.longterm.pl/Pytanie-Fishera-Nr-8-Czy-Spolka-Zamierza-Przeprowadzic-Emisje-Akcji.html

https://www.longterm.pl/Czy-Kadry-Zarzadzajace-W-Kontaktach-Z-Akcjonariuszami-Charakteryzuja-Sie-Szczeroscia.html

https://www.longterm.pl/Czy-Kadry-Zarzadzajace-Cechuja-Sie-Niepodwazalna-Uczciwoscia.html

https://www.longterm.pl/Jak-Skuteczne-Sa-Dzialania-Firmy-W-Zakresie-Badan-I-Rozwoju-W-Stosunku-Do-Jej-Wielkosci.html

https://www.longterm.pl/Czy-W-Firmie-Panuja-Dobre-Relacje-Wsrod-Kadry-Zarzadzajacej-I-Rady-Nadzorczej.html

https://www.longterm.pl/Jak-Skuteczna-Jest-Analiza-Finansowa-Firmy-I-Kontrola-Ksiag-Rachunkowych.html

https://www.longterm.pl/Czy-Istnieja-Inne-Aspekty-Dzialalnosci-Ktore-Wyrozniaja-Firme-Na-Tle-Konkurencji.html

https://www.longterm.pl/Czy-Warto-Kupowac-Akcje-Pod-Dywidendy.html

Autorzy:

Łukasz Tomys i Mateusz Sawicki, twórcy serwisu twojadrugapensja.pl

Na kolejną część naszego serialu o Filipie Fisherze zapraszamy już za tydzień!

Upewnij się, że zapisałeś się na darmowy newsletter bloga (formularz w prawym górnym rogu głównej strony) i polunbiłeś nas na Facebooku abyś otrzymał powiadomienia

FB: https://business.facebook.com/longtermblog

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.
Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone są *

Czemu ten twój kolega Radek takie smęty sieje na swoim blogu? WHP się nam należy jak psu buda i nie ma co pisać wynurzeń o końcu giełdy tylko trzeba sie zabrać za kupowanie.

Ja kupuję

odpowiedz

Z tym zakupem kołyski przez Warrena Buffetta to trochę pomieszaliście - bohaterką opisanej sytuacji była Rose Blumkin, założycielka Nebraska Furniture Mart, imigrantka z Rosji, wychwalana wielokrotnie przez Warrena, który kupił jej firmę. Po uzbieraniu kwoty bodajże 250 dolarów po kilku pierwszych latach pobytu w Stanach założyła firmę handlującą meblami i gdy pojawił się kupiec na ostatnią niesprzedaną kołyskę z jednej dostawy, którą "przygarnęła" jej córka, Rose bezceremonialnie zabrała kołyskę i sprzedała klientowi mówiąc córce, żeby położyła spać swoją wnuczkę do szuflady. Warren też jest skąpy, ale nigdy nie potrafił odmówić swojej żonie "drobnych" kwot na rzeczy, na których jej zależało, a już na pewno nie na kołyskę.

odpowiedz